Rzuć wszystko i jedź w Bieszczady!

Marzeniem wielu ludzi jest udać się i zobaczyć magiczne miejsce, jakim są Bieszczady. Kilkadziesiąt lat temu, gdy kraina ta była dzikim, dziewiczym terenem, a na rozległych połoninach i w lasach w towarzystwie niedźwiedzi i jeleni żyły według legendy biesy i czady, wyjeżdżali tam ludzie, którzy chcieli  „na dole zostawić wszystko to, co cię męczy” (KSU) – bieszczadzcy kowboje i niepokorni artyści zwani zakapiorami. Okazję, by udać się w to odległe niezwykłe miejsce ich śladem, wykorzystała klasa IIIa gimnazjum, która wybrała się na czterodniową (6-9 maja) wyprawę w Bieszczady z  panią Lidią Wiśniewską i księdzem Jackiem Butą.

Pierwszy dzień wycieczki pozwolił przekonać się, jaką odległość trzeba pokonać, by móc dotrzeć do pięknie położonego wśród zielonych wzgórz nad Zalewem Solińskim ośrodka w Myczkowcach, gdzie zostaliśmy ciepło powitani przez gospodarzy i rozgościliśmy się w naszych domkach. Niestety padający tego dnia deszcz nie pozwolił nam brać udziału w zaplanowanych grach zespołowych. Jednak pogoda poprawiła się na tyle, że mogliśmy udać się na wieczorną przechadzkę po zaporze wodnej w Myczkowcach, która znajdowała się kilka kroków od naszego miejsca zamieszkania. Po powrocie, jako zwieńczenie tego dnia, ksiądz Jacek odprawił Mszę Świętą, w której uczestniczyliśmy mimo późnej pory i męczenia, wsłuchując się w trzask ognia w kominku, a przede wszystkim w słowa naszego kapłana. W święto apostołów Jakuba i Filipa w barwny i sugestywny sposób nasz katecheta wyjaśnił nam, na czym polega chrześcijańska odwaga.

Po nocy spędzonej pod trzema warstwami koców, w trzech bluzkach i butach oraz  oraz po zjedzonym śniadaniu ruszyliśmy ku atrakcjom zaplanowanym na ten dzień. Nieśmiało wychodzące słońce, które od tej pory witało nas każdego dnia wycieczki, oświetlało „zielone wzgórza nad Soliną”, gdzie udaliśmy się, aby zobaczyć słynną zaporę na Solinie – podobno największą w Polsce. Mogliśmy ją zwiedzić zarówno od wewnątrz, jak i z zewnątrz, obejrzeliśmy też film, w którym opowiedziana została historia tamy zbudowanej w latach 60. na niespokojnej rzece San.
Niewątpliwą atrakcją był godzinny rejs statkiem po Zalewie Solińskim – największym sztucznym jeziorze, nad którym kwitnie turystyka wodna. Po powrocie na suchy ląd mieliśmy czas na zrobienie zdjęć, przejście po koronie zapory oraz spacer na pobliskich „solińskich Krupówkach”, gdzie można było nabyć pamiątki lub coś zjeść, aby wzmocnić siły przed kolejnym punktem tego dnia –  wyczekiwanym rozgrywkami na polu do gry w paintball. Osoby chętne brały udział w drużynowych grach 5vs5. Pierwsze dwie rozgrywki odbywały się na zasadzie „Deathmatch” – wygrywała drużyna, której członkowie „przeżyli” dłużej. Celem następnych dwóch było zdobycie flagi drużyny przeciwnej. Osoby, które nie chciały brać udziału w strzelaninie lub czekały na kolejną rundę rozgrywek, mogły dopingować grających, a także uczestniczyć w zajęciach łuczniczych lub spędzić czas przy ognisku. Strzelanie z łuków do tarczy okazało się świetną zabawą również dla dziewcząt, które nie ustępowały chłopakom w trafianiu w środek tarczy.

Po tak urozmaiconym dniu wieczorem czekała na nas jeszcze jedna, niespodziewana atrakcja. Po kolacji udaliśmy się do cudownego źródełka, które znajdowało się w okolicy. W miejscu, gdzie ono się znajduje,  powstała kapliczka Matki Bożej, a także wybudowano stacje drogi krzyżowej oraz drogę różańcową, więc była chwila na modlitwę. Wyprawa w to urokliwe miejsce stanowiła przedsmak tego, co zapowiadał kolejny dzień. Mimo momentami trudnej i błotnistej drogi wszyscy uczestnicy byli bardzo zadowoleni z tej formy spędzenia wieczoru. Również ten dzień zakończyliśmy Mszą Świętą, podczas której mogliśmy za każdą jego chwilę podziękować Panu Bogu i wsłuchiwać się w mądre słowa księdza Jacka wyjaśniające nam, w kontekście tekstów liturgicznych, na czym polega istota bycia chrześcijaninem.

Trzeci dzień wycieczki był niewątpliwie najbardziej intensywny, czekała nas bowiem wyprawa w góry. Wczesna pobudka i szybkie śniadanie pozwoliły nam wyjechać punktualnie o 8.00 wraz z górskim przewodnikiem panem Andrzejem, który towarzyszył nam przez cały ten dzień. Pierwszym punktem programu był przejazd wąskotorową kolejką bieszczadzką na trasie Przysłup-Majdan-Przysłup. Dowiozła nas ona do samej granicy ze Słowacją, więc mogliśmy postawić stopę na terenie należącym do naszych południowych sąsiadów.  Po drodze obserwowaliśmy zalesione zbocza gór, polany, górskie potoki, sarny oraz bociany i inne ptaki, wśród których można było zobaczyć nawet orła. Niektórzy liczyli na spotkanie oko w oko z niedźwiedziem, chociaż pan przewodnik, ubarwiający naszą wyprawę swoimi ciekawym opowieściami o Bieszczadach, przestrzegał przed misiem, gdyż jest to piękne, ale dzikie zwierzę, które może być niebezpieczne.  Zanim wyruszyliśmy na górski szlak, zatrzymaliśmy się w Cisnej, gdzie nie można ominąć klimatycznego baru „Siekierezada” oraz galerii sztuki ludowej.
Punktem kulminacyjnym tego dnia, jak i całej wycieczki, było jednak zdobycie górskiego szczytu – Połoniny Caryńskiej. Wyruszyliśmy w trzygodzinną trasę – niektórzy pierwszy raz w życiu. Droga była bardzo różnorodna – od spokojnej wędrówki polną dróżką, przez wspinanie się po schodach, po przedzieranie się przez warstwy błota oraz strumienie, które przecinały trasę. Mimo tych niedogodności wszyscy byli bardzo zadowoleni z tej wyprawy. Widok ze szczytu góry, zwanej potocznie „Biustem Carycy” był wspaniały i w pełni wynagradzał trudy wędrówki. Widzieliśmy przecudne, pokryte zielonością wzgórza i połoniny, na których miejscami zalegał jeszcze śnieg. Piękna słoneczna pogoda pozwoliła podziwiać pasma górskie sięgające nawet terenów Ukrainy, znajdowaliśmy się bowiem na najbardziej wysuniętym na południowy wschód skrawku naszego kraju, na czwartym co do wysokości szczycie Bieszczad.
Zmęczeni, spoceni, umorusani, ale szczęśliwi innym szlakiem zeszliśmy ze szczytu. Wracając do naszego ośrodka, cały czas mogliśmy sycić wzrok pięknymi górskimi krajobrazami oraz widokiem licznych cerkwi pozostałych na tych terenach po wysiedlonych czy wymordowanych mieszkańcach – ludności łemkowskiej i bojkowskiej. Wśród tych ciekawych budowli nie mogliśmy ominąć cerkwi w Czarnej – jedynej z zachowanym wystrojem wnętrza. Obecnie funkcjonuje ona jako kościół katolicki, ale posiada ona oryginalny ikonostas.  Pan przewodnik, wraz z posiadającym szeroką wiedzę księdzem Jackiem Butą, przybliżył nam szczegóły budowy prawosławnej świątyni – opowiedział między innymi o elementach budowy ikonostasu – czyli prawosławnego zbioru ikon przedstawiających świętych oraz sceny z życia Pana Jezusa. Przedstawia on zawsze wielkich proroków ze Starego Testamentu, dwunastu apostołów, scenę Ostatniej Wieczerzy. Centralną część tego prawosławnego ołtarza zajmuje ikona przedstawiająca Jezusa; znajduje się ona dokładnie nad wejściem, przez które przechodzi kapłan, by odprawić Eucharystię. Ostatni rząd ikon to cztery obrazy, które zawsze przedstawiają Jezusa, Maryję oraz świętych, którzy są szczególnie blisko związani z tą świątynią.
Ubogaceni tą solidną porcją wiedzy myśleliśmy jednak, aby wzmocnić nasze nadwątlone siły. Każdy już marzył o posiłku. Zakończeniem tego dnia, a tym samym swoistym zwieńczeniem wycieczki, było ognisko. Po powrocie do ośrodka, odświeżeniu się i przebraniu w czyste ubrania zebraliśmy się na tej specyficznej kolacji. Wszyscy mieli możliwość upieczenia kiełbasek oraz bułek nad ogniskiem. Po zaspokojeniu głodu, podzieleni na drużyny, wzięliśmy udział w zakapiorskich konkurencjach – dojeniu (sztucznej) krowy, wbijaniu gwoździa, rżnięciu kloca, trzymaniu ciężarków oraz w rzutach podkowami do celu. Wieczór upłynął we wspaniałej atmosferze, a po skończonej zabawie rozeszliśmy się do domków, żeby wypocząć przed trasą powrotną. Również tego dnia miała miejsca Msza św. na którą udali się jednak najwytrwalsi. Otrzymaliśmy z ust ks. Jacka, w kontekście obchodzonej uroczystości św. Stanisława BM, ważną lekcję – bycie chrześcijaninem ma swoją cenę, wymaga umiejętności stawania w prawdzie i zdecydowanej, bezkompromisowej postawy w obronie wiary i własnych przekonań.

Ostatniego, czwartego dnia, zaczęło się wielkie pakowanie. Po śniadaniu we wszystkich domkach zawrzało od pracy – mieliśmy kilkadziesiąt minut na doprowadzenie domków do perfekcyjnego porządku. Przed opuszczeniem naszego ośrodka ksiądz Jacek odprawił dla nas ostatnią, pożegnalną Eucharystię. Z żalem opuszczaliśmy Myczkowce, a gdy zostawiliśmy je za sobą – wyruszyliśmy w podróż powrotną do Włocławka. Po drodze jednak jeszcze zatrzymaliśmy się, aby dopełnić ostatniego punktu naszej bieszczadzkiej wyprawy – zwiedzenia skansenu w Sanoku. Mimo zmęczenia, wszyscy uczestnicy wycieczki z zaciekawieniem wysłuchali opowieści pani przewodnik, która oprowadziła nas po ciekawych obiektach związanych z kulturą ludową i historią regionu Bieszczad. Mogliśmy zasmakować życia w wiejskiej zagrodzie, zrobić zakupy w sklepikach na rynku galicyjskim, zasiąść w ławce dawnej jednoizbowej szkoły, gdzie nauczyciel dysponował tablicą, mapą i oczywiście „dyscypliną”. Widzieliśmy kuźnię, młyn, drewniany kościółek i cerkiew oraz synagogę. Wszystkie budowle znajdujące się w skansenie w Sanoku są świadectwem różnorodności i wielokulturowości tamtych terenów, a sam skansen to skarbnica wiedzy o życiu mieszkańców bieszczadzkich wsi.

Trasa wiodąca w stronę Kielc, a następnie do Włocławka przebiegła spokojnie i sprawnie, jak zresztą cała podróż, którą odbyliśmy bezpiecznie dzięki doświadczeniu naszego znajomego kierowcy – pana Wiesława. Jesteśmy również wdzięczni księdzu Jackowi, który wraz z wychowawczynią p. Lidią Wiśniewską podjął się opieki nad naszą klasą. Dziękujemy za codzienną Mszę Świętą, mądre słowa kierowane podczas homilii, podkreślanie wartości i sensu odmawianych podczas wyprawy modlitw, za dzielenie się wiedzą i miłością do książek. Dziękujemy również za otwartość i niewyczerpane poczucie humoru, co sprawiło, że atmosfera podczas wycieczki była niepowtarzalna, a czego doświadczyć mógł tylko ten, komu niestraszna była majowa wyprawa w Bieszczady.

Lidia Wiśniewska, Marcin Gorajek (kl. IIIa)