Alibaba i 50 rozbójników, czyli „krótka” relacja z wycieczki do Francji z filmowym backgroundem.

Relacja z wycieczki do Francji w dniach 24-29 maja 2023 roku, ma charakter humorystyczny, nie oddaje w 100% wszystkich wydarzeń, niektóre koloryzuje, a niektóre wręcz pomija. Nie ma natomiast na celu urażenia nikogo w żaden sposób i należy ją traktować z przymrużeniem oka i zdrowym dystansem do własnej osoby.

Prolog – Pożegnanie z Afryką z radością dziką

Środowe przedpołudnie przy Browarze B. Piękny, słoneczny dzień w pełni już zdążył obudzić tych, którzy mieli ruszyć na podbój stolicy Francji i cieszyć się kilkoma dniami wolnego od szkoły i domowych obowiązków. Opiekę nad owieczkami mieli sprawować zaprawieni w bojach pani Małgosia, pani Paulina, pan Artur i Hannibal Lecter, tzn. Ziółek, tzn. pan Maciej.  Niczym Alibaba (w czterech osobach) i 50 rozbójników mieli kraść i grabić, ale o tym nieco później. Młodzi adepci sztuki kradzieży przybyli wraz ze swymi rodzicami, którzy w mniej lub bardziej zawoalowany sposób dawali do zrozumienia, że zazdroszczą swoich pociechom i chętnie sami by pojechali wraz, bądź zamiast swoich dzieci. Tu trzeba nadmienić, że do składu wycieczki dołączył jeszcze pilot (nie Pirx) – pan Bartek. Postać nie tyle ciekawa, co drugoplanowa czasami.

Kiedy wszystkie księżniczki Disneya, a było ich – o zgrozo – 47 i 3 rycerzy, wsiadło już do autokaru, okazało się, że brakuje miejsc. Po szybkim przeliczeniu, opiekunom wyszło, że mamy 51 uczestników. Po małej zabawie w Sherlock’a Holmes’a, wyszło na jaw, że to jeden z rodziców próbował zabrać się z nami. Z bólem serca i przy akompaniamencie przeraźliwego szlochania wspomnianego rodzica, musieliśmy go pożegnać i wyruszyć na spotkanie z przygodą. Inni natomiast pomachali swoim pociechom, dyskretnie nucąc słowa tej piosenki: Wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni, gdy nie ma dzieci w domu … itd. 🙂

Nasz środek transportu można spokojnie porównać do Sokoła Millenium – stary, ale jary. Może nie był to najnowszy cud techniki, lecz wiózł nas dzielnie i wytrwale (prawie) :-D. Tu należy wspomnieć o naszych kierowcach. Od początku wydawali się jacyś znajomi. Nie mogłem tylko przypomnieć sobie, gdzie ich już widziałem. I nagle (o)lśnienie!

Rozdział I – czyli, podróż tam, ale jeszcze nie z powrotem.

Tuż za Włocławkiem musieliśmy zatrzymać na chwilę, gdyż dało się słyszeć jakieś dziwne dźwięki dochodzące z wnętrza autokaru. Po krótkiej inspekcji okazało się w luku bagażowym schował się jeszcze jeden rodzic. Niczym w filmie „300 mil do nieba”, ów rodzic, jak sam twierdził, chciał uciec w lepsze miejsce i zapomnieć choć na chwilę o trudach dnia codziennego. Po raz kolejny, z przeszywającym bólem serca, musieliśmy się pożegnać z kolejnym pasażerem na gapę, gdzieś na drodze do Włocławka.

Do granicy z Polską, jeszcze z naładowanymi bateriami (dosłownie i w przenośni) pokonaliśmy Polskie Drogi bez większych problemów. Do czasu. Świecko. Postój. Kolacja. I… nieodparta chęć Hannibala na poprawę sytuacji z ładowaniem telefonów. Szybki zakup w pobliskim sklepie podejrzanie taniego urządzenia. Sprawdzamy. Pyk. Nie działa. Jak się okazało nie tylko urządzenie, ale autobus też… Panowie kierowcy niczym Poszukiwacze zaginionej Arki próbowali odnaleźć przyczynę awarii, i tak samo jak Indiana Jones udało im się pomyślnie wyjść z opresji. Ruszamy dalej.

Zmierzch. Bez wampirów i wilkołaków. Noc. Bez żywych trupów. Przejazd przez Niemcy i Belgię do Ziemi Obiecanej. Poranek we Francji obudził nas równie piękną pogodą co w Polsce i jednocześnie nieodpartą potrzebą na toaletę osobistą oraz kawę. Obie potrzeby zrealizowaliśmy na stacji benzynowej, którą spokojnie można by porównać do mini centrum handlowego. Księżniczki Disneya mogły nałożyć nową warstwę tapety… przepraszam makijażu. Wiedziałem, że tego typu zabiegi upiększające nie są procesem łatwym, ale to co zobaczyłem przerosło moje najdziksze wyobrażenia. Ilość przygotowań, etapów, specyfików i … wyrzeczeń związanych z chęcią zaimponowania lokalnej ludności i/lub współtowarzyszkom była naprawdę imponująca. Dla przykładu: spróbujcie zrobić sobie kreskę nad okiem, patrząc w lusterko oparte o siedzenie przed tobą, jednocześnie niwelując drgania i podskoki autokaru. Toż to powinna być dyscyplina na olimpiadzie!

Rozdział II – czyli, Kod da Vinci i z szybkiego odpoczynku nici

A propos Ziemi Obiecanej. Veni,Vidi,Vici, niczym Cezar, przybyliśmy, zobaczyliśmy i zwyciężyliśmy w parku rozrywki Disneyland. Wcześniej nawiązałem do rozbójników i kradzieży. A więc tu się wszystko zaczęło. Co kradliśmy? Otóż bez pytania pełnymi garściami braliśmy z wszelkich atrakcji domu Myszki Miki i kaczora Donalda. Cały czas towarzyszyła nam wspaniała pogoda, więc łapaliśmy też (świadomie i nieświadomie) każdą okazję na letnią opaleniznę. Niektórzy w swym niecnym procederze przesadzili tak mocno, że doznali pierwszych poparzeń.  Naszym łupem była każda przejażdżka i żaden sklep z souvenirami nie mógł czuć się bezpiecznie. Byliśmy niczym szarańcza na polach Egiptu. Słyszałem chyba nawet, jak niektórzy przepychając się w kolejce na Filiżanki, krzyczeli: THIS IS SPARTA!!!! A propos kolejek. Jeśli w Boskiej Komedii było 9 kręgów piekielnych, to z pewnością Dante Alighieri powinien pomyśleć o 10, specjalnie dla tych, którzy wymyślili tzw. ślimaki, czyli kręte i strasznie długie kolejki do wszelkich atrakcji w Disneylandzie. Tortura to okrutna, a perfidność swą opiera na złudzeniu bliskości wejścia osoby czekającej, gdzie w rzeczywistości, czekają ją kolejne zakręty i nawroty. Swoją drogą to niesamowite, jak dużo ludzi można zmieścić na stosunkowo małej przestrzeni. Chapeau bas!

Powiedzieć, że pierwszy dzień był udany, to nic nie powiedzieć.  Wszyscy razem, jak i każdy z osobna, przyznawali, że dzień był pełen wrażeń, niesamowitych doznań i sporego materiału na media społecznościowe w postaci mniej lub bardziej pozowanych zdjęć. PS. tu też zrodził się motyw gołębia, po francusku pigeon, który miał okazać się dość ważnym motywem…, ale o tym później.

Przyjazd do hotelu po tak długiej podróży i dniu pełnym przygód, miał być czasem zasłużonego odpoczynku, lecz życie napisało nam nieco inny scenariusz. Podział pokoi odbył się dość sprawnie, dzięki pomocy pana pilota Bartka. Tak nadal z nami był. Komentarz zapewne zbyt surowy, lecz niedaleki od prawdy. Czas pana Bartka miał jeszcze nadejść. Wracając do hotelu, problemy były dwa (nie dla wszystkich): mieszkańcy hotelu oraz …. kody do pokoi. Pierwszy problem polegał na starciu się różnych kultur, czyli zbyt śmiałej chęci poznania uczestniczek naszej wycieczki przez ludność autochtoniczną, co skutkowało niepotrzebnymi emocjami. Na szczęście kwestia ta szybko poszła w zapomnienie, nie mniej jednak, chcąc zapewnić komfort i bezpieczeństwo naszym Księżniczkom, opiekunowie dzielnie, pełnili wartę przy prysznicach do późnych godzin wieczornych i jako ostatni zażyli wieczorno-nocnych ablucji. Co do kodów, to sześć cyfr przerosło część osób – tylko na początku – i w połączenie ze zmęczeniem przysporzyło wiele radości i śmiechu przyglądającym się całej sytuacji. Początkowa przegraNA TA, SZAlenie śmieszna skąd inąd, przerodziła się w zwycięstwo umysłu humanisty nad królową nauk.

Rozdział III – czyli, Dyskretny Urok Burżuazji i grób znanego kompozytora.

Wersal. Potężny pałac Ludwika XIV z pewnością robi wrażenie. Nie na nas. Żarcik.  Mnóstwo chodzenia i zwiedzania. Przebogate kolekcje eksponatów ciągnęły się w nieskończoność. Każda nowa sala lub pokój kryły, co rusz nowe meble, obrazy, posągi i przedmioty użyteczności codziennej tamtych czasów. Tutaj niektórym załączył się tryb „japońskiego turysty”, który fotografuje WSZYSTKO i WSZĘDZIE. Tutaj przykładem ŚWIECiły szczególnie niektóre osoby. Ilość zdjęć porażała. 20 TB w jakości 6k z pierwszych 5 minut pobytu w Wersalu. Chciałbym powiedzieć, że nasz pilot stanął                  na wysokości zadania. Nie zrobię tego jednak. Co prawda starał się nas oprowadzić po włościach Ludwiczka, lecz chyba nic za bardzo poza tym. Tutaj, nieskromnie dodam, że to ja starałem się zwrócić uwagę młodzieży na niektóre eksponaty i coś o nich opowiedzieć.

Po Wersalu udaliśmy się na chyba najbardziej znany/rozreklamowany cmentarz w Paryżu: Pere-Lachaise. Tutaj sprawnie odwiedziliśmy groby Abelarda i Heloizy, Fryderyka Chopina i Jima Morrisona. Bez nuty ironii dodam, że nasz pilot opowiadał ciekawie (przynajmniej dla mnie) i miał rozległą wiedzę. Można naprawdę było czegoś się dowiedzieć.

Po zwiedzaniu nadszedł czas na posiłek. Flunch. Komedia pomyłek, Kogel-mogel, Czy leci z nami pilot?, Frantic to tylko kilka tytułów filmów, które przychodzą mi do głowy. Gdyby nie perfekcyjna znajomość francuskiego pani Gosi, doświadczenie oraz przedłożenie posiłku młodzieży nad swój pusty brzuszek :-D,  nie wiem, czy wszyscy zjedliby obiad na czas. Początkowe zamieszanie i niechęć Francuzów do nauki angielskiego zostały wyciszone smacznym i obfitym posiłkiem. Nastała nawet pewna błogość i rozleniwienie wśród rozbójników. I Alibabów też :-D.

Przejście na Montmartre z małym postojem obok Moulin Rouge urokliwymi uliczkami dzielnicy artystów, szybko zamieniło się w morderczą (dla niektórych) wspinaczkę licznymi schodami. Zaczęło się jawne złorzeczenie pilotowi i mojej własnej osobie we wszystkich językach świata (głównie łacinie). Wszystko to zostało zrekompensowane piękną panoramą Paryża ze wzgórza Montmartre i czasem wolnym na tak upragnione zakupy lub po prostu odpoczynek. W drodze powrotnej jeszcze podziwialiśmy przepiękną bazylikę Sacre-Coeur zatrzymując się podczas drogi w dół na tarasach z widokiem na Montmartre.

Rozdział IV – czyli, jakby to powiedział Osioł ze Shreka: Daleko jeszcze?!

Mont Saint-Michel to dodatek mego autorstwa do programu oferowanego przez biuro turystyczne. Będąc zupełnie szczery, to sam zwątpiłem w słuszność wyboru tej atrakcji w trakcie jazdy do Normandii. Wszystko to spowodowane było strasznie przedłużającą się podróżą i nawet groźbą niezdążenia na czas by zwiedzić opactwo. Na szczęście korki się rozładowały i zdążyliśmy na czas. Pierwsze spojrzenie na zamek Świętego Michała i całe zwątpienie minęło. Zapierający dech w piersiach widok średniowiecznego opactwa i przyległego miasteczka na wyspie wydawał się wręcz bajkowy i nierealny. Jest to miejsce wyjątkowe pod wieloma względami. Niczego podobnego nie znajdziecie w Europie, a może i na świecie. Zabytek klasy światowej wpisany na listę UNESCO.

Kiedy już chodziliśmy po wąskich uliczkach, można było mieć wiele skojarzeń filmowych. Osobiście do głowy przyszło mi kilka scen z Wiedźmina oraz Imię róży. Myślę, że każdy miał jakieś swoje skojarzenia z architekturą i specyficznym klimatem miejsca. Po małej wspinaczce i małym zamieszaniu z biletami, rozpoczęliśmy zwiedzanie samego opactwa. Tu też warto nadmienić, że w pełni ukształtował się motyw gołębia w naszej wycieczce (Vive le pigeon! ). To tutaj narodził się nurt nauki francuskiego poprzez ornitologię i poszerzanie słownictwa wokół nazw ptactwa. Bez wątpienia prekursorami byli pani Gosia – mistrz i pan Artur – uczeń. Nie minęło dużo czasu, a pani Paulina i ja również zaczęliśmy być pilnymi uczniami (z niemałymi sukcesami) 😀

Ponowny czas wolny w obrębie murów miał ukoić zszargane nerwy owieczek, dać upragnione wytchnienie oraz czas na popas. Niektórzy jednak chcieli być przebieglejsi niż opiekunowie i postanowili sprawdzić: Co mi zrobisz jak mnie złapiesz? Złapaliśmy. Niestety przeżyli. Powrót do hotelu w nocy to jednocześnie okres przygotowania do ostatniego dniu w stolicy Francji, ale o tym w następnym rozdziale.

Rozdział V – czyli, śladami Quasimodo i Mona Lisy.

Zdecydowanie najbardziej obfity w zwiedzanie, a co za tym idzie najbardziej pracowity dzień dla wycieczki. Zaczął się dosyć leniwie od późniejszego śniadania i zapakowania autokaru. Żegnaliśmy się z naszym miejscem noclegu z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony wiedzieliśmy, że nasza przygoda dobiega końca, z drugiej zaś wiedzieliśmy, że czekają na nas najbliżsi i wygodne, własne łóżeczka. Przejazd do placu Concorde, krótka notka historyczna pana Bartka – pilota, przejście wzdłuż Sekwany na wyspę La Cite – najstarszą część Paryża, aż do „domu” Quasimodo – dzwonnika z Notre Dame. Co prawda sama katedra jest nadal obudowana rusztowaniami i w odbudowie, lecz nie umniejsza to jej majestatyczności i wrażeniu jakie na nas zrobiła. Szybkie 300 zdjęć z każdego profilu (a najczęściej będąc tyłem do aparatu) i udaliśmy się na chwilkę czasu wolnego przed zwiedzaniem Luwru. Jedzenie, zakupy, liczenie rozbójników i szybki spacer do największego muzeum sztuki na świecie. Charakterystyczne wejście, czy też dach, w kształcie piramidy, to idealne tło na kolejną sesję zdjęciową w oczekiwaniu na bilety. Weszliśmy. Zobaczenie 30000 eksponatów w bieżącej ekspozycji Luwru zajęłoby sprawnej jednostce pewnie z tydzień. My mieliśmy tylko kilka godzin. Kodeks Hammurabiego, Wenus z Milo, Nike z Samotraki i najsłynniejsza dama w Luwrze – Mona Lisa. Nieprzebrane zastępy zwiedzających, kręte korytarze, czy też wręcz labirynt pokoi i sal wystawowych, nie pomagają w sprawnym zwiedzaniu, szczególnie liczną, zmęczoną i czasami znudzoną grupą młodych ludzi. Liczyliśmy na pana Bartka naszego pilota. Niestety, zadanie go przerosło, choć starał się. Do akcji wkroczyła niezawodna pani Gosia i trochę moja skromna osoba. Udało nam się w końcu zaprowadzić grupę do punktu kulminacyjnego, czyli przed oblicze wspomnianej Mona Lisy.

W tym momencie trzeba wspomnieć, że grupa miała już naprawdę dużo kilometrów w nogach (średnia kroków na dzień to pewnie ok 20 tyś) i marzyła wręcz o obiecanej obiadokolacji. Na drodze (dosłownie też, o ironio) stał tylko mały spacer m.in. Polami Elizejskimi do restauracji Monte Carlo obok Łuku Triumfalnego. Mały spacer oznaczał ponad 3km w pełnym słońcu, po zatłoczonych i wąskich chodnikach centrum Paryża. Po drodze jeszcze jeden malutki postój w ekskluzywnym otoczeniu sklepików pokroju Luis Vuitton, a tak to tylko ból, cierpienie, łzy i pierwsze oznaki odwodnienia. Z każdym krokiem zbliżającym nas do celu, narastała również frustracja, którą grupa musiała na kimś wyładować :-D.  Nie jestem pewien, ale widziałem chyba jak ktoś w pośpiechu sklecił mini szafot i laleczkę z moją podobizną. Przestałem poganiać. Dotarliśmy. Wszyscy. W Monte Carlo trzeba było chwilkę poczekać, ale warto było. Jedzenia dużo i smaczne, no i mówili po angielsku. A ten wystrój. Flunch może się schować.

Na fali uniesienia spowodowanego odpoczynkiem i pełnym brzusiem. Udaliśmy się w kierunku już ostatniej tego dnia i całej wycieczki atrakcji – Wieży Eiffla. Krótka podróż metrem. Mini spacerek i … Jeżeli telefony były rozgrzane w Wersalu i Luwrze, to tu zaczęły płonąć. Księżniczki O-SZA-LA-ŁY!. Zdjęcia grupowe, indywidualne, siedząc, klęcząc, kucając, podskakując, leżąc. Tyłem, przodem, bokiem, na głowie. SELFIE. Istna fotograficzna Sodoma i Gomora. Skrupulatnie poprawiany makijaż, skrzętnie czesana grzywa oraz outfit jak z żurnala,  musiały wyglądać jak najlepiej. Nie było nawet grama miejsca na pomyłkę w ułożeniu głowy, stopy, ucha, czy nawet jednego kosmyka włosów. WSZYSTKO, ale to WSZYSTKO musiało być PERFEKCYJNE. Wszystko oczywiście na tle najsłynniejszej wieży. Instagram się zawiesił. Nie wytrzymał ilości zdjęć i doskonałości jakie zawierały.

Kiedy dotarliśmy czekała nas jak zwykle kolejka, zwana ślimakiem. Półtorej godziny później oraz po nieudanej próbie terrorystycznej pana Artura przy użyciu własnego głośnika, byliśmy już przy kasach Wieży Eiffla. Nie byliśmy pewni, czy i jak wysoko wjedziemy windą, lecz okazało się, że nogi odpoczną, a wjedziemy na samą górę. Całą grupą nie dało rady wjechać, więc ślepy los podzielił nas na grupy. Miało to okazać się zbawienne w skutkach. Koniec końców wszyscy (no prawie :-D) dotarliśmy na sam szczyt i mogliśmy napawać się niepowtarzalną panoramą całego Paryża. Nawet silne podmuchy wiatru i spory tłok nie były w stanie zmącić niezapomnianych widoków.

Wspomniany wymuszony podział na grupy okazał się typowym przykładem na powiedzenie: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. W wyniku podziwiania widoków na raty, pierwsze grupy czekając na resztę mogły podziwiać nocną iluminację Wieży Eiffla wraz z kultowymi już migoczącymi światełkami. Początkowo nie było tego w planie, ale i z czasowej obsuwy może też coś fajnego wyniknąć. Fun fact: byliśmy wtedy to właśnie świadkami oświadczyn i to pomyślnych – tak przynajmniej wynikało z reakcji wybranki serca pewnego romantycznego gentlemana. Wraz z zejściem ostatnich osób z wieży, mogliśmy udać się do autokaru, kierując się prosto do domu.

Epilog – czyli, nic dwa razy się nie zdarza?

Droga powrotna odbyła się bez żadnych większych przygód i nie obfitowała w spektakularne wydarzenia. Był konkurs z nagrodami przeprowadzony przez naszego pilota, było dużo też spania i  postój na obiad. Najwięcej jednak było wspomnień, śmiechu i wspólnych rozmów. Były też plany                   na przyszłość, bo z oddalającej się Francji słychać było ciche, lecz wyraźne wołanie: Może Włochy? Może Włochy? W świetnych nastrojach i pełni wrażeń dotarliśmy do Włocławka wczesnym wieczorkiem.

Opis ten, choć długi, nie oddaje nawet 10% tego co przeżyliśmy w czasie wspólnego wyjazdu do Francji. Trudno słowami opisać smaki, dźwięki, zapachy i tysiące doznań wszystkich uczestników. Wiem, że wiele pominąłem, lecz i na ten opis przyszło długo czekać. Nie było mowy o notorycznej potrzebie odwiedzania toalet i wiekach jakie  zajmowało (głównie Księżniczkom) skorzystanie z niej, konieczności siadania przy każdej okazji (niczym pigeon), czy też o ponurym śmieciarzu z zacięciem do bycia wodzirejem. Choć mogę za to beknąć to uważam, że muszę wspomnieć o PIGEON QUI CHIE !!! (Merci beaucoup Madame Marguerite). Nie było mowy o Macaronikach różnej maści, kupowanych wszędzie i zawsze. Można by tak długo jeszcze pewnie wymieniać.

PS. tak prosiliście o toaletę i czas wolny:

Chciałbym tu pozwolić sobie na kilka słów refleksji. Choć rzeczy o których tu powiem mogą wydawać się banalne, czy tylko kurtuazyjne, to zapewniam, że płyną z głębi serca i są bardzo szczere. Kochana młodzieży! Dziękuję bardzo za wspólnie spędzony czas. Wiem, że byłem (byliśmy) czasami marudni, wymagający lub wręcz niemili, lecz wynikało to z troski o Was, Wasze bezpieczeństwo i chęć realizacji programu wycieczki. Wy natomiast byliście zdyscyplinowani (generalnie :-D), posłuszni i wytrwali. Przyjemnością było spędzić ten czas z Wami i ciężko jest mi wyobrazić sobie wspanialszy zestaw młodych ludzi na tego typu wyjazd. I jak przystało na zawodowych rozbójników skradliście nasze serca. Droga Gosiu, Paulino i Arturze! Brak słów by opisać jak dobrze bawiłem się w Waszym towarzystwie we Francji. Idealna współpraca, kupa śmiechu, zrozumienie wręcz bez słów i Wasza ogromna pomoc sprawiły, że wyjazd ten zapamiętam na długo. Myślę, że zasłużyliśmy na miano DREAM TEAM. Dziękuję.

Maciej Ziółkowski

 

 

 

 

Skip to content