Wakacyjna wyprawa długoszaków w Tatry

Są takie miejsca, do których wraca się pamięcią, a kiedy się zamknie oczy – wydają się one być na wyciągnięcie ręki. Moją Arkadią są właśnie Tatry – ta piękna kraina sprawia, że problemy dnia codziennego schodzą na dalszy plan. Będąc tam, człowiek zapomina o tym, jaki jest dzień tygodnia a życie toczy się zupełnie innym rytmem.

I tak od 9 do 14 lipca wraz z grupą młodzieży z Długosza znaleźliśmy się w Zakopanem na wakacyjnej wyprawie. Zaczęło się jak zwykle od męczącej podróży do zimowej stolicy Polski, która już na wstępie wyjazdu łapczywie odbiera pokłady energii, jednak nie poddawaliśmy się i po zakwaterowaniu wykrzesaliśmy z siebie ostatnie pokłady sił by wejść na znaną wszystkim Gubałówkę, a stamtąd zobaczyć piękno Tatr w świetle zachodzącego słońca. Pierwsze pamiątkowe zdjęcia, radość i lekkie przerażenie z tego, co nas czeka w najbliższych dniach.

Naszym zamiarem było spędzenie jak najwięcej czasu w górach. Pierwszą poważniejszą wyprawą było zdobycie Doliny Pięciu Stawów. Pogoda zapowiadała się dość dobrze, bez upału czy burz, dzień więc należało wykorzystać jak najlepiej. Podążając szlakiem, czuliśmy lekki podmuch wiatru, który był ukojeniem. Co chwilę zmieniający się krajobraz jest wręcz nie do opisania – jedynie do zobaczenia. Wodospad Siklawa przytłoczył nas swą potęgą i urokiem. Chwilę później znaleźliśmy się już u celu naszej wyprawy. To co ukazało się naszym oczom, przerosło najśmielsze oczekiwania – miejsce bajkowe, oryginalne i wyjątkowe w całej swej okazałości. Gdzieniegdzie w wyższych partiach gór leżało jeszcze trochę białego puchu. Chwile posiedzieliśmy, aby nacieszyć oko i ruszyliśmy dalej. Dumni i zadowoleni, postanowiliśmy zjeść i odpocząć w schronisku. Jeszcze chwila odpoczynku i pora była ruszać dalej – do Morskiego Oka. Z każdym pokonanym krokiem, nogi stawały się już coraz słabsze, łydki drżały z nadmiaru wysiłku, ale widoki rekompensowały zmęczenie i trud włożony w tę wyprawę. Odwracając się co chwilę do tyłu, podziwialiśmy błyszczące od promieni słońca stawy i schronisko, które wraz z pokonywaną przez nas wysokością, stawało się teraz coraz mniejszym punktem. Widoki zapierające dech w piersiach, stąd można było dostrzec monumentalność gór i małość człowieka względem nich. Z niecierpliwością czekaliśmy, aż ukaże się na horyzoncie  Morskie Oko i Czarny Staw pod Rysami – są i one!!! Cudowny punkt widokowy i ta świadomość, że to jest już ostatni etap dzisiejszej wyprawy. Więc do boju, ruszyliśmy dalej. Kamienne stopnie wówczas stawały się naszymi przyjaciółmi, nigdy nie byliśmy tak skupieni na tym, w jaki sposób mamy postawić na nich stopę, jak wtedy. Nareszcie wyłoniła się droga asfaltowa i już tylko niewielka odległość dzieliła nas od Morskiego Oka. Pogoda stawała się coraz gorsza. Chmury zaczęły pokrywać co lepsze tatrzańskie kąski, upośledzając kadry. Niektórzy z nas już nie walczyli o nowe panoramy do albumu, walczyli już tylko o każdy kolejny krok. Z nóg pozostały chwiejne galaretki, dlatego rozwaga nakazywała drogę powrotną, ale to już z górki – dosłownie. Co chwilę mijały nas bryczki z roześmianymi turystami i zmęczonymi końmi.

Kolejny dzień musiał być związany z odpoczynkiem, regenerowaliśmy siły dlatego wybraliśmy się na  spływ Dunajcem. Jest to jedna z największych, najbardziej typowych atrakcji turystycznych Polski. I pewnie nie ma Polaka, który albo był już w Pieninach, albo dopiero będzie. Tratwy przepływają wzburzonym korytem rzeki, początkowo pośród rozległego, górskiego krajobrazu, aby potem zagłębić się w labirynt skalnych ścian Pienin. Spływ Dunajcem, to także ludzie. Flisacy, kierujący swoimi tratwami poprzez spienione wody rzeki, zajmują turystów ciekawymi opowieściami, anegdotami i dowcipami. Spływ nie byłby tym, czym jest bez tej całej góralskiej otoczki. Jedna osoba z naszej grupy chciała przejąć rolę flisaka, niestety mogła tylko liczyć na zostanie pomocnikiem. Wśród opowieści jedna rozwiała wątpliwości kilku z nas, dlaczego na góralskiej czapce są morskie muszle? Okazuje się, że flisacy w dawnych latach na swoich tratwach dopływali do morza z różnego rodzaju towarami, stamtąd zabierali małe muszle mówiące o ilości ich wypraw nad morze i umieszczali je na swoich kapeluszach. Spływ zakończyliśmy szczęśliwie, choć były małe podtopienia tratwy.

Następnego dnia wybraliśmy się na Halę Ornak, trasę rozpoczęliśmy w Kirach. Pogoda była piękna, na początku minęliśmy bacówkę, która stała na tle Tatr i pomaszerowaliśmy dalej. Zboczyliśmy trochę z naszego szlaku, aby zwiedzić Jaskinię Mroźną, gdzie niezależnie od pory roku temperatura w środku jest zawsze taka sama, czasami trzeba było iść zgiętym w pół, co stanowiło dla nas jeszcze większą atrakcję. Gdy zeszliśmy na dół, przywitał nas szum rzeki Bystrej, bardzo czystej i strasznie zimnej. Chwilę posiedzieliśmy i poszliśmy dalej prosto do schroniska na Hali Ornak, aby zjeść zapakowane do plecaka kanapki i spróbować zareklamowanej przez turystów szarlotki. Gdy doszliśmy, naszym oczom ukazał się piękny staw błyszczący od promieni słonecznych, otoczony zielonymi drzewami na tle gór. Tutaj postanowiliśmy odprawić Mszę Świętą, by jeszcze bardziej poczuć obecność Boga. Dla niektórych turystów staliśmy się atrakcją do fotografowania. Zwieńczeniem naszego dnia był pobyt na Chochołowskich Termach.

Znacie takie szczyty, które przez kilka lat oglądacie tylko z pewnej odległości? Takie, które jednocześnie przyciągają i odpychają? Takie, na które wybieracie się jak ta przysłowiowa sójka za morze? W naszej „kolekcji” mieliśmy taki szczyt – Giewont. Już pierwszego dnia, będąc na Gubałówce, mówiliśmy sobie, że będzie przez nas zdobyty. Niektóre osoby wspominały nawet coś o ,,szpilkach na Giewoncie”. Jednak w tym przypadku na nic były nasze plany – a to pogoda się psuła, a to siły nie pozwalały, po prostu Giewont nie chciał nas do siebie zaprosić. Można wręcz powiedzieć, że stał się naszym małym koszmarem. W czwartek w drodze na ten szczyt musieliśmy zawrócić z powodu pogody, mgła i deszcz nie pozwoliły nam nawet zrealizować opcjonalnej trasy na wodospad Siklawicę i Sarnie Skałki, z każdym krokiem nasze siły i motywacja opadały. W trosce o bezpieczeństwo zrezygnowaliśmy i zeszliśmy do doliny Małej Łąki. Kto był w tej dolinie, ten zapewne doskonale zapamiętał szlak, jako never ending story. Kiedy tam przebywaliśmy, pogoda trochę się uspokoiła, przestało padać, a delikatna mgła nadała w tym wypadku niebywały urok dolinie.

Myślę, że w Tatrach nauczyliśmy się szacunku do gór oraz do spotykanych po drodze turystów. Piękne jest to, że na szlakach, na których nie ma dużego ruchu, wędrujący nimi ludzie witają się i pozdrawiają. W momencie kiedy jesteś już zmęczony wyprawą, a organizm pragnie odpoczynku, tacy właśnie ludzie, którzy mówią ,,Cześć” lub ,,Dzień dobry” dodają siły i energii – wówczas aż chce się iść dalej i pokonywać kolejne wzniesienia.

Mogę powiedzieć, że w góry z pewnością wrócimy za rok, bo przecież czeka na nas Giewont.

Dziękuję młodzieży za odwagę w zdobywaniu Polskich Tatr, za radość: tę na szlaku i tę podczas wspólnej zabawy w gry planszowe, za przygotowania do Mszy Świętej i za dobrze spędzony czas. Dziękuję ZSK im. ks. Jana Długosza a także księdzu dyrektorowi Jackowi Kędzierskiemu za pomoc w zorganizowaniu wyjazdu.

Pozdrowienia dla wszystkich miłośników naszych Tatr!

ks. Marcin Lewandowski