Włoska robota

­Choć upłynęło już dużo czasu od powrotu z Włoch, i być może niektórzy zaczęli powątpiewać czy wyjazd w ogóle się odbył, a niektórzy z trudem przypominali sobie włoskie słońce, to teraz właśnie nadeszła ta chwila na relację z tejże imprezy.

Jak zwykle w moim przypadku, będzie to opis subiektywny, prześmiewczy, gdzie dobór faktycznych zdarzeń będzie podyktowany chęcią przedstawienia siebie w jak najlepszym świetle. Autor będzie używał różnych zabiegów stylistycznych, aby zatuszować nieatrakcyjność wyjazdu, swoje liczne niedociągnięcia oraz fakt, że ktokolwiek się tam dobrze bawił. 🙂

Zapraszam

PROLOG

Był majowy poranek. Dokładnie 29 maja 2023 roku. Tuż za granicą z Niemcami, po polskiej autostradzie leniwym tempem, w kierunku Włocławka zmierzał autokar z misji specjalnej pod kryptonimem „Pigeon qui chie”. Załoga choć zmęczona, to z pewnością zadowolona z sukcesu jakim misja się zakończyła. Na przedzie autokaru siedzieli liderzy drużyny i właśnie wtedy zaczął się rodzić pomysł na kolejną eskapadę. Biorąc pod uwagę kraj następnej niebezpiecznej przygody, kryptonim mógł być jeden: WŁOSKA ROBOTA! Nie wiedzieli jeszcze, czy skład załogi będzie identyczny, ale wiedzieli, że ich czwórka: Mokra Włoszka, Ronzio lub Hasselhoff, Siostra Piguła oraz DJ Macchiato (pochodzenie pseudonimów wyjaśni się później 🙂 ), muszą trzymać się razem. Nowa misja miała być dłuższa, trudniejsza i bogatsza w przygody. Nie było miejsca na błędy i jakiekolwiek przejawy amatorszczyzny. Na szczęście to ZAWODOWCY, którzy z niejednej stacji hot-doga jedli i którzy opanowali do perfekcji autokarową akrobatykę podczas snu. Nie straszny im był zapach stóp po 12 godzinach ciągłego marszu, ani skrajne warunki atmosferyczne. Zawsze z uśmiechem na twarzy, pieśnią na ustach i nadzieją w sercu na wolna toaletę, dążyli do celu wraz ze swymi kompanami.

PS. Centrala w Bydgoszczy, chcąc ułatwić naszym dzielnym bohaterom realizację misji, oddelegowała do pomocy Don Lucasa. Nie był on rodzimym Włochem, ale znał realia tamtejszej kultury, świetnie orientował się w topografii Italii i znał podobno samego Franciszka. Choć ciężko było zweryfikować to ostatnie, to nikt nie ośmielał się zapytać, czy to TEN Franciszek. Don Lucas miał imponujące CV, lecz czy będzie chemia pomiędzy nim a resztą paczki? Czy czysty profesjonalizm i obycie w fachu wystarczą, aby stał się częścią teamu? Tylko kolejne dni mogły odpowiedzieć na to frapujące pytanie.

Ze względu na charakterystykę misji, trzeba było zebrać najlepszą pod słońcem załogę. Po wstępnych zapisach chętnych, nie wszyscy okazali się gotowi na misję i sami zrezygnowali. Po tak trudnej selekcji okazało się, że trzeba poprosić o pomoc zaprzyjaźnioną brygadę z „Baczyna”. I tak po miesiącach ustaleń personalnych „Długosz” i „Baczyn” połączyli siły, aby po raz kolejny wyruszyć na niebezpieczną misję w kierunku kolebki demokracji, betonu i espresso.

W celu integracji grupy, samozwańczy ojciec chrzestny tego wyjazdu, zaproponował przy pomocy „Twarzowej książki”, aby wybrać pieśń, która miała zagrzewać do boju i dodawać otuchy w chwilach zwątpienia. Naturalnym wydawało się szukanie czegoś w klimatach włoskich. Dzięki Bogu, w zamierzchłych czasach, na estradzie w San Remo, zaśpiewana została pieśń „Sara per chetiamo”. Z licznych propozycji padło właśnie na ten utwór, który przypadł do gustu naszym śmiałkom. I tak oto nasza „Parszywa 45” była gotowa na podpój Italii i podobnie jak niegdyś Hannibal (tylko zamiast słoni mieli konie mechaniczne) ruszyli w kierunku półwyspu apenińskiego, pokonując szczyty Alp.

ROZDZIAŁ I:  O jedno siedzenie za daleko

3 kwietnia 2024 roku. Godzina 11.30. Grupa punktualnie przybyła na zbiórkę. Zabrali „tylko” najpotrzebniejsze rzeczy. Zabrakło tylko korkociągów, zapasowych opon do Żuka i frotek z Pikachu. Jednym słowem, tylko to co niezbędne. Nie wiedzieć czemu, niektórzy ewidentnie byli świeżo po fryzjerze, a ich czupryna wzbudzała zazdrość i podziw współtowarzyszy. Szybkie sprawdzenie dokumentów (oczywiście fałszywych na wypadek złapania przez wroga), ostatnie pożegnania z bliskim oraz ich całym zakładem pracy i można było wsiadać do środka transportu. I tu pojawił się niespodziewany „problem”. Mianowicie w autokarze na 60 miejsc zabrakło siedzeń dla 45 osób. Podyktowane było to wcześniejszymi traumatycznymi doświadczeniami z misji do Francji, gdzie byliśmy tak ciasno spakowani jak zabawki w kontenerze
z Chin. Nikt nie chciał siedzieć na końcu autokaru, a wszyscy przy kierowcach. Przez chwilę zapanował mały chaos, ale dzięki pomocy Don Lucasa opiekunowie usadzili wszystkich w mgnieniu oka.  Jak miało się okazać, miejsce niektórych było im po prostu przeznaczone.

Przed nimi była długa i męcząca droga. Tak im się wydawało. Choć kilometrów było i może sporo do pokonania, to wygoda autokaru i zadziwiająco częste postoje, sprawiły, że podróż nie była aż tak męcząca jak się wszyscy obawiali. Gdzieś w Austrii, w środku nocy, dołączyli do nas nowi kierowcy, którzy mieli stać się nierozerwalną częścią naszej ekipy podczas „Włoskiej roboty”. Każdy postój to stały rytuał opanowany do perfekcji, który odbywał się ze szwajcarską dokładnością. Grupa Długosza i Baczyna (w skrócie DłuBaczy 🙂 ) była punktualna i słowna do nieprzyzwoitości. Choć po każdej stacji odruchowo Mokra Włoszka, Ronzio, Siostra Piguła lub DJ Macchiato, albo nawet wszyscy po kolei, liczyli czy nikogo nie zostawiamy za sobą, to była to po pewnym czasie czysta formalność. W trakcie jazdy nasza zespołowa hybryda dwóch szkół powoli poznawała się i zacieśniała więzy. Służyło temu wymieszanie ich w autokarze i zamiast ledwo koegzystować jak woda i olej w szklance, nastąpiło magiczne i cudowne spojenie dwóch ciał płynnych, niczym Cola i … Jak miało się okazać było to mieszanka idealna i niemal nierozerwalna, jak Cola i … .

ROZDZIAŁ II: Wenecki łącznik

Czwartkowy chłodny poranek. Rześkie włoskie powietrze budziło zaspaną drużynę. Miało taki dziwny morski zapach. Czuć było lekką bryzę z południa. To Wenecja. Choć autokar nie przybył jeszcze do samego pierwszego etapu misji, to już można było poczuć woń nadchodzącej przygody i związanych z nią niebezpieczeństw. Na razie była to stacja, gdzie nasi dzielni podróżnicy mieli „doprowadzić się do ładu” oraz posilić się przed dniem pełnym wrażeń. I jak to się mówi u nas w Polsce: kiedy wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one. Dochowując tradycji polskiemu porzekadłu na śniadanie było cappuccino i coś słodkiego w rączkę do zjedzenia. Próżno było szukać jajeczniczki na masełku, czy też półmiska z wędlinami, czy choćby nawet płatków z mlekiem. Kawa i rogal. Tak zaczynają dzień tubylcy. A skoro nasze słowiańskie żołądki się buntowały, a kubki smakowe żądały czegoś bardziej znanego, to poradziliśmy sobie inaczej. Nie po to zabraliśmy 20 kg kabanosów i 40 kanapek z suchą podwawelską, żeby teraz głodować. Braki energetyczne, spowodowane symbolicznym śniadaniem, uzupełniliśmy prowiantem z Polski. Toć śniadanie to najważniejszy posiłek dnia.

Czas nie pierwszą misję. Z autokaru przesiadamy się na inny środek transportu. Tym razem wodny. Choć mówią na to tramwaj, to była to zwykła łódka. Nasz Don Lucas miał zaprzyjaźnionego przewoźnika i ten zgodził się nasz przerzucić do centrum Wenecji. Oczywiście nie za darmo. Co prawda nie było mnie przy transakcji, ale Włoch podobno zażądał reszty naszych kabanosów i dwóch czekolad od Wedla. Choć podczas podróży statkiem było wręcz zimno, to na stałym lądzie było już cieplutko i przyjemnie. Ludzi już trochę było, ale nadal można było swobodnie się przemieszczać. Niepostrzeżenie udaliśmy się na miejsce spotkania z naszym „weneckim łącznikiem”. Taaa … niepostrzeżenie. Zanim dotarliśmy nasza ekipa zrobiła już 389 zdjęć, w tym 425 selfie i 87 zdjęć panoramicznych okolicznych budynków. Mówili, że to tylko rozpoznanie terenu, ale ja im jakoś nie wierzyłem. Teraz już wiem, czemu co niektóre „Dłubaczki” malowały się przez 30 min, zanim wysiadły z autokaru.  Mówiły, że to dla kamuflażu, że chcą się wtopić w tłum, ale po raz kolejny nie dawałem za bardzo temu wiary. Wydaje się, że sesja zdjęciowa wywołała u naszej kompanii nieodpartą potrzebę skorzystania z toalety. Przedziwny związek pomiędzy pozowaniem do zdjęć,
a chęcią zrobienia siku, nieprawdaż? Swoją drogą to wiele innych przedziwnych rzeczy wymuszało na nas przymus załatwienia potrzeb fizjologicznych.

W umówionym miejscu czekała na nas nasza pani „łącznik”, choć ona wolała, żeby mówić na nią pani przewodnik. Miała nam opowiedzieć więcej o historii Wenecji. Przecież Don Lucas nie mógł robić wszystkiego sam. Na początku wydawaliśmy się sami na placu św. Marka, lecz z każdą minutą tłum wydawał się narastać w zastraszającym tempie. Kiedy tak spacerowaliśmy mostami i wyspami, ludzi robiło się coraz więcej i więcej. Kiedy to wróciliśmy na miejsce skąd wyruszyliśmy, plac był już pełen turystów i ciężko było nam się poruszać. Teraz miał nastąpić punkt kulminacyjny pierwszej części naszej misji: czas wolny. To właśnie teraz nasi bohaterowie mieli dokonać infiltracji lokalnych sklepów i punktów gastronomicznych. Nasi opiekunowie również postanowili wykonać swoją część misji, a ponieważ od wspomnianego „pożal się Boże” śniadania minęło już sporo czasu to pierwszym punktem miało być jedzenie. A ponieważ od ostatniego czasu kiedy to jedli dobrą pizzę Dr Oetker z szynką i pieczarkami minęło jeszcze więcej czasu, to postanowili sprawdzić, czy Włosi robią równie dobrą pizzę co wspomniany doktor. Nie ma co, pizza prima sort. Niby składniki znane: ser, szynka, sos pomidorowy, ale jakieś to wszystko wyraźniejsze, pełniejsze i po prostu smaczniejsze. Ot, Włoska robota! Następne na liście misji były zakupy. Tu trzeba było uważać, aby nie kupić taniej chińskiej podróbki lokalnych wyrobów ze szkła, lecz nie bez powodu nasi opiekunowie uchodzą za profesjonalistów. Nie szczędzili oni na souveniry dla bliskich i dalszych członków swych rodzin. W końcu im też się coś należało.  I tutaj fun fact: pani Gosia (vel Mokra Włoszka) usilnie nalegała na zakup szalika, choć temperatura sięgała ponad 20 stopni. No, ale cóż?! Kto zrozumie kobietę 🙂

Kiedy już wszyscy zrealizowali wszystkie założenia misji w Wenecji, zebraliśmy się i z nieukrywaną nadzieją na powrót w to urokliwe i ikoniczne miejsce na mapie Włoch, udaliśmy się wodnym środkiem transportu do naszego niezawodnego autokaru. W drodze powrotnej okazało się, że mamy pierwsze straty w ludziach. No może nie straty, ale niektórzy cierpieli na dolegliwości żołądkowe (to na pewno zmiana diety na włoską) i musieliśmy ich ratować. Do akcji wkroczyła pani Paulina (vel Siostra Piguła), która tylko sobie znanymi metodami i medykamentami zaczęła ratować naszych pacjentów. Jak miało się okazać, rola polowej sanitariuszki została jej przypisana na stałe
i chcąc nie chcąc, niejednokrotnie ratowała naszych podopiecznych.

Teraz już tylko droga do pierwszego z trzech miejsc noclegowych. Przybyliśmy, zobaczyliśmy i …. oniemieliśmy. Wystrój hotelu zatrzymał się parę dekad temu. I choć nie powiem otoczenie hotelu urokliwe z basenem i drzewkami owocowymi, to pokoje i cała reszta …. taka sobie. Nie było może brudno i niczego nie brakowało, ale wszystko takie jakieś …. niedorobione. Ot, Włoska robota! Jak działa i jest, to po co to zmieniać. Taka już widać mentalność tej nacji. Z pewnością jednak cieszyliśmy się z możliwości wzięcia prysznicu, czy też wyspania się w normalnych łóżkach. Nie ma co więc narzekać. To w końcu tylko jedna noc.

ROZDZIAŁ II: Toskania dla zuchwałych

Po pierwszym noclegu i śniadaniu z żółtym serem i szynką (chyba), zapakowaniu rzeczy z powrotem do autokaru, wyruszyliśmy na podbój Toskanii. Miejsce tak urokliwe, że co 5 film jest chyba tu kręcony i każdy kojarzy te wysokie cyprysy, choćby z końcowej sceny filmu Gladiator. Tu nasza misja miała dwa cele: miasto Siena i miasteczko San Gimignano.

W godzinach porannych dotarliśmy do pierwszego celu podróży tego dnia. Średniowieczne miasto Siena z bogatą historią, sięgającą czasów antycznych. Obecnie ważny ośrodek turystyczny, siedziba cenionego uniwersytetu oraz miejsce słynące z wyścigów koni. Tu również mieliśmy spotkać się z kimś kto wiedział jeszcze więcej niż Don Lucas i miał przybliżyć nam miejsce naszej kolejnej misji. W Sienie historię czuć i widać na każdym kroku, kiedyś centrum bankowe Europy, teraz szczyci się pięknymi zabytkami okresu średniowiecza i po dziś dzień żyje praktycznie tylko wyścigami koni, zwanymi Palio. Odbywają się one dwa razy do roku i praktycznie wszystko i wszyscy w mieście są podporządkowani tej wielowiekowej tradycji. Wydarzenie to odbywa się na Piazza del Campo, głównym placu miasta o charakterystycznym kształcie muszli.

Dosyć już tej historii. Wróćmy do naszych bohaterów. Na początku udaliśmy się do Katedry San Domenico, gdzie znajdują się relikwie św. Katarzyny. Po drodze okazało się, że kolejna uczestniczka misji cierpi na dolegliwości żołądkowe. Tym razem to nie Siostra Piguła ratowała niewiastę (swoją drogą nie było za bardzo czym), lecz sam DJ Macchiato (moja skromna osoba, a jakże) zaoferował się zaopiekować schorowaną. Do pomocy został jeszcze kompan naszej pacjentki. I tak  w trójkę, nieśpiesznym tempem, z paroma postojami, ruszyliśmy śladami pani przewodnik i grupy. Prowadząc nasłuch telefoniczny, dowiedzieliśmy się, ze powinniśmy się udać na wspomniany plac Piazza del Campo. Kiedy dotarliśmy na miejsce, nasza pacjentka tak się wzruszyła pięknem placu, że się momentalnie … lepiej poczuła. Parę łyków wody, trochę odpoczynku i była jak nowo narodzona. Ledwo panna ozdrowiała, a już na horyzoncie widać było naszą grupę. Przyniosła one nowe ciekawe wieści, a konkretnie Ronzio (vel pan Artur), że jeden z naszych podopiecznych zgłosił zaginięcie portfela. Nie było pewne, gdzie i czy w ogóle, ale była szansa, że został on w autokarze (tak też było 🙂 ). Tutaj pożegnaliśmy naszą lokalną panią przewodnik i łaskawie Don Lucas znowu zezwolił na czas wolny. Szczęście niebywałe. Czwórka opiekunów jednogłośnie zdecydowała, że czas na kawę. Wszyscy punktualnie (jak zwykle) stawili się na zbiórkę i mogliśmy ruszyć do autokaru, a nim już prosto na Manhattan.

 Manhattan. Nieee, nie ten w Nowym Jorku, tylko ten w Toskanii. Tak właśnie nazywa się miasteczko San Gimignano, a konkretnie „średniowieczny Manhattan”. Swój nietypowy, jak na włoskie miasteczko, przydomek zawdzięcza nadzwyczaj, jak na XII i XIII wiek, wysokim wieżom budowanym z cegły. Choć teraz ich ilość jest dużo mniejsza niż kiedyś, to widok kilkudziesięciu takich wież pewnie przypominał widok nowojorskich drapaczy chmur na tle nieba. Ekipa ewidentnie była pod wrażeniem toskańskiego miasteczka, bo pierwsze o czym marzyła, to … toaleta. Kiedy już Don Lucas zaprowadził nas na główny rynek San Gimignano i dostaliśmy czas wolny, pora była na realizację dalszej części misji, czyli spróbować – podobno – najlepszych lodów we Włoszech, czy być może nawet na świecie. Mowa tu o Gelateria Dondoli. Choć tytuł najsmaczniejszego deseru lodowego, być może trochę samozwańczy i trudny do zweryfikowania, to z pewnością miał w sobie dużo prawdy. Wybór lodów był porażający, a kolejka nieustannie się wydłużała. Kombinacje smakowe przyprawiały naszą drużynę o zawrót głowy. Głównie z troski o podopiecznych oczywiście i my, opiekunowie musieliśmy spróbować owego cudu w wafelku. Chodziło o to by nikt ich nie chciał otruć 🙂 . Dla pewności sprawdzaliśmy chyba ze trzy razy. W tym momencie odezwała się we mnie słowiańska dusza i musiałem sprawdzić, czy nie ma lodów o bardziej znajomych smakach. Niestety na próżno było szukać takich smaków jak: schabowy z kapustką, golonka w piwie, pierogi z grzybami, czy też żurek kujawski.

Zanim jednak opiekunowie oddali się deserowej uczcie, postanowili wrzucić coś konkretniejszego na ruszt. Choć pojawiały się burżuazyjne pomysły jedzenia makaronu w restauracji z prawdziwymi krzesłami, to jednak ograniczenia czasowe zmusiły nas do wybrania innej opcji. Padło na „pizzę w łapie”. Znaleźliśmy przytulny lokalik, lecz zamiast zamawiać po kawałku, polecieliśmy grubo. Po pizzy na dwoje. Kiedy podano nam świeżo upieczone pizze, miałem wątpliwości czy damy radę z kolegą Arturem pochłonąć tego giganta, a co dopiero, kruche i wątłe nasze panie, które jedzą tyle co wróbelek. To co wydarzyło się później można porównać jedynie do odgłosów bitwy pod Grunwaldem. Dziewczyny nie brały jeńców. Co prawda, byliśmy do siebie jakby odwróceni plecami, ale nadal słychać było, że pizza znika szybciej niż karp w promocji w Lidlu. Kiedy zapadła złowroga cisza, wiedzieliśmy z Arturem, że nie wróży to nic dobrego. Z przeciwnej strony padło sakramentalne pytanie: Będziecie to jeszcze jeść?. Nie było ani chwili do stracenia. Złapaliśmy co mogliśmy i wystrzeliliśmy jak z procy. Fenomen też, niektórzy nazywają „syndromem kolibra”, który tyle spala energii, że musi jeść tyle ile sam waży.

Kiedy emocje już opadły, a żołądki były pełne – przynajmniej niektórych – została chwila na pamiątki, a później na wspomniane już lody. Kiedy przyszedł czas zbiórki, jak zwykle cała grupa pięknie stanęła na wysokości zadania i punktualnie stawiła się w wyznaczonym miejscu. Stąd już prosta droga do autokaru i kierunek …. ROMA. Choć jeszcze w ustach powoli zanikał smak lodów
z szafranem i malinami, to już w głowach snuła się wizja wiecznego miasta i tego co nas tam czekało. Na drodze – dosłownie i w przenośni – stała dłuuuga podróż z Toskanii do stolicy Italii, a dokładnie do nadmorskiej miejscowości Neptuno, gdzie znajdował się nasz drugi hotel. A skoro mieliśmy spędzić dużo czasu w autokarze, to można było równie  dobrze pośpiewać. A jak już wiemy mieliśmy nasz „wycieczkowy hymn”, który WSZYSCY znali i kochali „-) . Do głosu doszedł człowiek o zapędach dyktatorskich i głosie chorej kaczki. Człowiek, który potrafi tak zniechęcić do śpiewania, że gdyby spotkał Adele to z pewnością została by urzędnikiem ZUS. DJ Macchciato (czyli moi) co rusz katował Bogu ducha winnych współtowarzyszy utworem „Sara per che ti amo”. Ten włoski klasyk do tej pory jeszcze niektórym śni się po nocach, kiedy to zlani potem budzą się w środku nocy, krzycząc: DOSYĆ!!! Na szczęście byli i tacy, którym utwór przypadł do gustu i chętnie odpowiadali na zawołania DJ’a.  Nawet Don Lucas i panowie kierowcy nieśmiało nucili pod nosem słowa piosenki.

Kiedy w końcu zbliżaliśmy się do celu i mieliśmy omijać Rzym w drodze do hotelu, u Don Lucasa załączył się tryb nawigatora. Choć człowiek ten miał włączony telefon z nawigacją, to przysięgam, że miał on w głowie całą sieć dróg we Włoszech. Zmuszony do omijania korków potrafił podać trzy alternatywne trasy wraz z przewidywanym czasem podróży oraz wszystkimi opcjami postoju. Był jak Dustin Hoffman w filmie Rainman. Wszystkie kalkulacje robił w pamięci. Zawsze w punkt.  Nawet profesjonalna nawigacja kierowców nie nadążała za naszym pilotem, a nawet jak nadążała to i tak się myliła lub była mniej dokładna niż nasz Kolumb i Magellan w jednym. Dzięki nieocenionej pracy Don Lucasa i kierowców, dojechaliśmy do hotelu na zasłużoną obiadokolację, prysznic i nocleg. Kiedy wysiedliśmy z autokaru, stanęliśmy jak wryci.  Choć wiedzieliśmy, że obecny hotel teoretycznie powinien mieć lepszy standard to to, co zobaczyliśmy, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Nasz nowy hotel (na trzy noce) w porównaniu do poprzedniego miał się jak Burj Khalifa do Hotelu Kujawy. Niby jedno i drugie było hotelem, niby jedno i drugie miało trzy gwiazdki, to jednak były to dwa różne miejsca. Nie bez znaczenia była bliskość morza, które niektórzy szczęśliwcy mieli szanse podziwiać z okien pokoju.

ROZDZIAŁ III: Jak rozpętałem III wojnę światową

Podczas każdej misji bywają momenty trudne, czy wręcz beznadziejne, które stawiają całą akcję pod znakiem zapytania. Momenty owe mają to do siebie, że albo załamią grupę i doprowadzą do klęski, albo będą czynnikiem hartującym ducha i scalającym ludzi, który zapewni sukces i poczucie spełnienia. Takim momentem miał być dla nas pierwszy dzień w Rzymie. Co prawda, od dawna znaliśmy program misji i wiedzieliśmy, że ten dzień będzie napięty, ale to czego doświadczyliśmy tego dnia na długo zapamiętamy.

Wyruszyliśmy z samego rana po śniadaniu. Do Rzymu mieliśmy jakieś 40 minut przy normalnym natężeniu ruchu. Grupa błagała o „Sara per che ti amo”, więc nie mogłem im odmówić. Z pieśnią na ustach wjechaliśmy na przedmieścia Rzymu. Stąd mieliśmy zacząć naszą przygodę
z rzymskim metrem, jako głównym środkiem transportu. I choć w obcym miejscu trzeba zawsze zachować czujność na niebezpieczeństwa wielkiego miasta, to skala kradzieży i zuchwałość złodziei, wprawiła nas w osłupienie. Już pierwszego dnia byliśmy świadkami kradzieży torby lub przynajmniej próby. W biały dzień, przy wielu świadkach. Nie do pomyślenia. W ramach środków ostrożności zakazaliśmy używania telefonów podczas przemieszczania się, a wszystkie plecaki nosiliśmy „na kangura”, czyli zawieszone z przodu. Z panem Arturem wyglądaliśmy jak w trzecim trymestrze, ale cel uświęca środki, bo wizja utraty dokumentów czy pieniędzy musiała wygrać z chwilową śmiesznością.

Za każdym razem, gdy opuszczaliśmy pociąg prosiliśmy by grupa stanęła pod ścianą w celu policzenia i umożliwienia innym wyjścia z metra. Niektórzy członkowie grupy w swej złośliwości, zaczęli to robić z podniesionymi rękami, aby podkreślić nasze strażnicze zapędy oraz swoją rolę więźnia. Nie wiem skąd w nich tyle sarkazmu i ironii i skąd czerpią takie wzorce 🙂 . Po wyjściu z metra i krótkim spacerze, naszym oczom ukazała się bodajże najbardziej rozpoznawalna budowla Włoch – Koloseum we własnej osobie. Tutaj również mieliśmy spotkać się z lokalną panią przewodnik, która znała Rzym jak własną kieszeń. Krótki wykład na temat historii Rzymu i już czekaliśmy w kolejce do Koloseum. Po drodze okazało się, że nie można wnosić niczego szklanego. Ku mojemu – i nie tylko – ogromnemu zdziwieniu okazało się, że znaczna część naszej ekipy zabrała ze sobą …. perfumy. Nie jakieś małe próbki, tylko całe flakony. Niektóre miały chyba z pół litra pojemności. I co tu zrobić. Na ratunek – jak często bywało – Don Lucas. Otworzył plecak i zaczął żniwa. Po kilku minutach mógł spokojnie konkurować z Sephorą i Douglasem razem wziętymi. Jak odchodził od kolejki to plecak naszego pilota dzwonił jak sanie św. Mikołaja. Wracając do Koloseum, to czekało nas kilka kontroli bezpieczeństwa, a później ….. okazja na toaletę. Niewielu oparło się tej pokusie. W końcu ile razy nadarza się okazja „obsikania” Koloseum. I to za darmo. Po dłuższej chwili wszyscy byli znowu komplecie ze znanym już uśmiechem na twarzy  i mogliśmy zacząć zwiedzać to antyczne cudo na poważnie. Pani pilot długo i ciekawie opowiadała nie tylko o Koloseum, ale i o samym życiu w starożytnym Rzymie, choć w przypadku pana Artura i moim są to raczej domysły, gdyż nie wszystko byliśmy w stanie usłyszeć. Wynikało to z faktu, że nasza grupa mocno się rozciągnęła i kiedy pani pilot była 20 metrów przed nami, to tyły – które strategicznie zabezpieczaliśmy – nic praktycznie słyszały. Dochodziły tylko do nas skrawki informacji. Oktawian… mocz… pieniądze… śmierć … zwierzęta… Woleliśmy nie domyślać się co oni tam wyprawiali w starożytnym Rzymie.

Po Koloseum, czas na krótką sesję zdjęciową na tle majestatycznej budowli i już ruszamy do następnej atrakcji, która była dosłownie rzut kamieniem od poprzedniej. Mowa o Forum Romanum położonym pomiędzy wzgórzami kapitolińskimi, a raczej to co po nim zostało. Znowu krótka kolejka, choć już wydawała się dłuższa ze względu na rosnąca stale temperaturę. Pomimo dosyć wczesnej pory, słoneczko prażyło już nieźle i systematycznie lizało odsłonięte ramionka. Z Forum Romanum udaliśmy się spacerkiem na przystanek, skąd autobus linii 164 miał nas zabrać w pobliże Muzeum Watykańskiego i Bazyliki św. Piotra. W tej chwili temperatura i zmęczenie dawało już o sobie znać, a to dopiero półmetek naszego dnia. Korzystając z chwili kiedy nie musimy angażować naszych nóg, zbieraliśmy na jeszcze więcej chodzenia. Na szczęście okazało się, że mamy godzinkę czasu wolnego, a że pora była obiadowa, to cel misji wydawał się oczywisty. JEDZENIE !!! Tu, podobnie jak w San Gimignano, padła propozycja zjedzenia „jak człowiek” w restauracji z krzesłami. Skorzystaliśmy z polecajki pani przewodnik i udaliśmy się do przybytku zwanego Da Marcello. Choć nieco zrażeni czasem oczekiwania, stwierdziliśmy, że zaryzykujemy. Okazał się to strzał w dziesiątkę, gdyż jednym z kelnerów był Polak, który nie tylko ułatwił nam komunikację, ale też wydatnie przyspieszył wydanie naszych posiłków, które wcześniej sam nam polecił. Warto dodać, że obok nas dosiadły się jeszcze trzy gwiazdy z naszej wycieczki, zachęcone dobrym gustem kulinarnym opiekunów. Makarony były po prostu pyszne. Podniebienia nasze śpiewały psalmy, a żołądki im wtórowały. Porcje uczciwe na tyle, że nawet nasze „koliberki” nie mogły narzekać.

To be continued…

Maciej Ziółkowski

 

Przejdź do treści