Dziennik Odizolowanych (kwiecień-maj 2020)

Włocławek, czwartek, 30 kwietnia 2020 r.; w oczekiwaniu na deszcz…

Dzisiaj mija dokładnie miesiąc, od kiedy zaczęły się zapiski do tego dziennika. Mogłyby się w tym miejscu kończyć, lecz wiadomym jest, że najbliższy przewidywany termin powrotu do szkoły to poniedziałek 25 maja. Do tego czasu nie będzie już na świecie nauczyciela ani ucznia, który nie  zawisłby na łączach zdalnego nauczania. Każdy z nas szuka własnego sposobu, aby przetrwać ten czas, w którym pewne jest tylko to, że nic nie jest pewne.

Przez cały kwiecień, do wczoraj, praktycznie nie padał deszcz. Co prawda na niebie nad bryłą naszej ukochanej szkoły pojawiały  różnobarwne chmury, ale z okien pustych lekcyjnych sal nie miał kto ich obserwować. A za taką obserwację można otrzymać nawet Nagrodę Nobla. Oczywiście trzeba to jeszcze zapisać – tak jak Szymborska:

Z opisywaniem chmur musiałbym się bardzo spieszyć
– już po ułamku chwili przestają być te, zaczynają być inne.
Ich właściwością jest nie powtarzać się nigdy
w kształtach, odcieniach, pozach i układzie.

Nieobciążone pamięcią o niczym,
unoszą się bez trudu nad faktami.

Jacy tam z nich świadkowie czegokolwiek
– natychmiast rozwiewają się na wszystkie strony.

W porównaniu z chmurami
życie wydaje się ugruntowane, omal że trwałe i prawie że wieczne. 

Ten refleksyjny akcent zamyka zbierane przez miesiąc zapiski z naszego odizolowania, jednocześnie zapowiadając deszczową majówkę.

Lidia Wiśniewska, ks. Jacek Buta

Piotrków Kujawski, 1 maja 2020; kolejny, któryś już dzień izolacji

Majówka… Jednak czy w obecnym czasie to jakaś różnica? Mam wrażenie, że wszystkie dni i tygodnie wyglądają tak samo. Chyba każdy z nas ma stały schemat dnia codziennego:  nieważne, czy jest to weekend, czy normalny dzień w ciągu tygodnia. Jedyna różnica to lekcje zdalne, które tego dnia nie miały miejsca, więc teoretycznie można było chociaż dłużej pospać. Jednak mój organizm często ze mną nie współpracuje i tak było tym razem. Może to wyjaśnię. A więc kiedy muszę wcześnie wstać, bo na przykład mam masę rzeczy do załatwienia, lekcję online czy po prostu muszę pomóc mamie, nie może dobudzić mnie nawet budzik, ale kiedy mogę dłużej pospać, mój organizm postanawia magicznie obudzić się o godzinie 8.00 i po prostu patrzeć w sufit, jakby stał się nagle bardzo ciekawy. Patrząc w sufit, oprócz stwierdzenia, że przydałoby się go pomalować, uświadomiłam sobie, że gdyby nie ta okropna pandemia właśnie byłabym w moich ukochanych Tatrach. W ostatnim swoim dzienniku z izolacji pisałam, że wirus zniszczył moje plany na wakacje, ale dziś opowiem o zniszczonych planach na majówkę. Moja przerwa majowa miała trwać od 1 do 6 maja – z powodu matur, więc chciałam udać się na ten czas do Zakopanego, aby pochodzić po górach, które moim zdaniem właśnie w maju są najpiękniejsze. Jak już wiadomo, plany nie zostały zrealizowane, a przez to wspomnienie mój humor automatycznie się pogorszył. Próbowałam sobie wytłumaczyć, że to dla dobra nas wszystkich, aby epidemia jak najszybciej się skończyła, a wtedy wrócimy do normalności. Bo przecież ile można siedzieć w domu, czytać książki, oglądać filmy, czy robić wciąż te same rzeczy od marca. Ponarzekałam trochę, ale nie mogę dłużej udawać, że to normalne, że wszystko jest dobrze…

Wracając do mojego dnia, czyli pełen standard, którego szczegółowo opisywać nie będę, bo tak naprawdę nie wydarzyło się nic nowego. Ogólnie mówiąc, spędziłam dzień z rodziną podczas wspólnego grilla. Jak już wspominałam ostatnio, dla mnie rodzina i spędzony z nią czas to jedyny plus kwarantanny. Uświadomiłam sobie, jak czas szybko ucieka, a przecież jeszcze niedawno wszyscy byliśmy w szkole i odliczaliśmy dni do wakacji, do dzwonka, do piątku… Minęły już prawie 2 miesiące, odkąd ostatni raz wszyscy się widzieliśmy.

Wieczorem, dokładniej o 20.00, jak co roku 1 maja rozpoczęliśmy przy figurce nabożeństwo majowe. Wspólny śpiew Litanii Loretańskiej od lat łączy pokolenia, poczynając od tych najmłodszych przedszkolaków, kończąc na seniorach. Niesamowity klimat oraz łączność ludzi we wspólnej modlitwie poczułam właśnie w tym roku, w tych ciężkich czasach. Wszyscy, co prawda w maseczkach, potrafiliśmy śpiewać, oddając cześć Matce Bożej. Zakończyliśmy nabożeństwo z radością w oczach i  powróciliśmy do naszych domów. Po przeczytaniu kolejnych stu stron książki i rozmowie ze znajomymi przez kamerkę spojrzałam na zegarek. Największym minusem kwarantanny jest moje późne, a wręcz bardzo późne chodzenie spać. W dzień nie chce mi się nic, natomiast w nocy jest nagły przypływ energii i najchętniej zrobiłabym wszystko, co tylko możliwe. Kiedy straciłam siły i nie chciało mi się nawet myśleć, rutynowo poszłam spać.

Karolina Jaroniewska, kl. IB LO

Włocławek 3 maja 2020 niedziela; rozmyślania z okazji 229 rocznicy uchwalenia Konstytucji

Narodowe święto przyszło nam obchodzić cicho i bez gwarnych zgromadzeń. Gdyby nie wywieszone na budynkach flagi, można by nawet nie odróżnić pierwszomajowego weekendu od tych z kwietnia. Jechałem wzdłuż Wisły sprawować Mszę Świętą w jednej z parafii poza Włocławkiem. Patrzyłem z okna samochodu na kochany kraj.

W niedzielę rano wygląda tak, jakby wszystko było po staremu. Na plakatach w mieście kandydaci wyborów prezydenckich sfotografowani bez maseczek ochronnych. Za miastem przyroda także zachowuje spokój i wiosna budzi się do życia, jakby nie było żadnej epidemii. No ale jest.

Spróbuję przed nią uciec, zwłaszcza że historyczne rocznice skłaniają do myślenia o tym, jak to było kiedyś. Jak wyglądał ten świat 229 lat temu? Raczej biednie, bo według danych z 1791 roku Włocławek liczył wówczas niecałe 5 tysięcy mieszkańców. Większość domów była drewniana, a cała zabudowa miasta niska i pozbawiona uporządkowanej struktury. Poziom higieny pozostawiał wiele do życzenia, nie było kanalizacji. Oświetlenia też nie był, czyli każdy kto wieczorem szedł na spacer czy dajmy na to za potrzebą, musiał mieć swoją latarnię albo płonące łuczywo. Całe miasto przypominało bardziej dużą wieś nad rzeką (215 budynków z drewna i tylko 10 murowanych). Trudno się zatem dziwić, że Tadeusz Kościuszko, który w 1790 roku spędził w tu trzy miesiące jako dowódca dywizji wielkopolskiej, pisał do sztabu głównego prośbę o przeniesienie go z tej miejscowości, gdzie nie ma do kogo przemówić.

Wiadomość o tym, że w Warszawie Sejm wraz z królem uchwalił dla całej Rzeczpospolitej Konstytucję, mogła dotrzeć do Włocławka nie prędzej niż w drugiej połowie maja. A może trochę wcześniej? Bo jednak razem z Wisłą, która wówczas miała totalnie nieuregulowane brzegi i na wiosnę musiała wylewać, informacje napływały szybko. Właściwie to najciekawsze są te szczegóły techniczne, logistyczne. Jak wieść o doniosłym dla całego państwa wydarzeniu pokonywała przestrzeń kraju? Jakim królewskim kurierem? Do kogo wysyłano odpis takiego superważnego dokumentu? Szlachcie treść Konstytucji odczytano parę miesięcy później podczas ziemskich sejmików. Reszta narodu raczej intuicyjnie wyczuwała, że coś wydarza i na coś się zanosi. Bo same konstytucyjne uchwały nie zdążyły wpłynąć na życie ludzi. Konstytucja obowiązywała przez rok i została obalona. I pewnie wtedy zaczęła działać – jako symbol odebranej wolności. Dzień trzeciego maja przekształcił się w historyczny moment, obchodzi swoje święto nawet w ograniczonym obostrzeniami sanitarnymi czasie pandemii.

Tylko że kiedy jechałem z Włocławka do Bobrownik na Mszę Świętą w intencji Ojczyzny, tak historycznie o rocznicy Konstytucji nie myślałem. Bardziej o tym, że jest niedziela, zatem narodowe święto nie wydłuża majówki. A ludzie w Polsce pokochali już grilla i odpoczynek od pracy, i kiełbaskę. I że nie zmieni tego nawet koronawirus.

x. J.B.

Przedecz, 4 maja 2020 r.; izolacja oczyma mojego kota…

Przeciągnęłam się wiedząc, że i tak leżałam w łóżku zbyt długo. Zerknęłam na swój strój od w-fu, który od jakiegoś czasu pełnił rolę pidżamy. Napis (na koszulce) „Vita sine litteris mors est” (życie bez nauki jest śmiercią) w tych czasach zamieniłabym na „non scholae sed vitae discimus” (uczymy się nie dla szkoły lecz dla życia). Ale tak w ogóle średnio się w tym śpi, bo materiał w zasadzie nie przepuszcza powietrza.

Lekko zaspana otworzyłam szafę i przez dłuższą chwilę zawiesiłam oko na szkolnym mundurku, który już przesiąknął zapachem mebli. Nie tęskniłam za noszeniem go, a na lekcjach online zdarzało mi się siadywać w pidżamie z mysim gniazdem na głowie. Bez wyrzutów sumienia zamknęłam go z powrotem w ciemnej szafie.

Moje rozmyślania przerwał potworny dźwięk. Obróciłam się przez ramię i zobaczyłam swojego kota przechadzającego się po pianinie. Jego pełen wyższości wzrok kazał mi sądzić, że chciał, abym jak najszybciej z powrotem wyniosła się z jego domu do szkoły. Niedoczekanie –  pomyślałam w duchu. Zwierzę jakby wiedziało, co tkwi w mojej głowie i w ramach protestu rozrzuciło po pokoju nuty oparte o pulpit. Ze złością patrzyłam tylko, jak ten wąsaty terrorysta odchodzi z podniesionym ogonem. Wiodłam za futrzakiem nienawistnym wzrokiem, aż zniknął z mojego pola widzenia.

Kiedy zaczęłam zbierać kartki z podłogi, usłyszałam nadawane w telewizji wiadomości. Wszyscy usilnie próbowali nam wmówić, że obecny system nauki jest niczym „Marsz żałobny” Chopina: ciężki, smutny i wydający się nie mieć końca. Tymczasem dla mnie był niczym „Wiosna” Vivaldiego: radosny, płynny, pełen życia i bardzo pozytywny. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że zdecydowana większość przyzwyczaiła się już do zdalnej nauki, choć może nie cieszyła się nią tak jak ja i z pewnością nie chciała się do tego przyznać.

Kiedy uporałam się ze sprzątaniem i w końcu zmieniłam strój z emblematami Długosza na jeansy i bluzę, zostałam zaatakowana pazurkami przez kota, który z wyrzutem dopominał się jedzenia. Na pewno, tak jak ja, przyzwyczaił się, że od dłuższego czasu nie opuszczam domu.

Nakarmiłam, pogłaskałam i ciężko westchnęłam, patrząc w jego złote oczy. Wyczułam, że  kazały mi włączyć komputer i zalogować się na lekcje.

Katarzyna Pietrzak, kl. IIA LO

Szpetal Górny, 6 maja 2020; niekończące się burpess, czyli życie karateki podczas kwarantanny

Gdy w marcu zaczęła się kwarantanna, byłem tuż po Mistrzostwach Makroregionu Zachodniego w karate. Od początku nie potrafiłem wyobrazić sobie życia bez treningów i zawodów. Odizolowanie źle na mnie działało, jedyne co sprawiało, że czułem się szczęśliwy to domowe ćwiczenia fizyczne. Trenowałem dwa razy dziennie. Rano bieganie, drążek, pompki oraz burpess, czyli przysiad, deska, pompka i wyskok powtórzone do nieprzytomności.  Następnie po południu trening już stricte siłowy. To wyznaczało mój dzień, ale z czasem coraz bardziej wykańczało. Można powiedzieć, że żyłem od treningu do treningu. Pomiędzy nimi byłem przygnębiony. To, co utrzymywało mnie w takim trybie życia, to jedno pragnienie – bycie polskim Bruce’em Lee. Szczęśliwie mój sensei zaczął organizować treningi na żywo za pośrednictwem internetu. Wtedy ujrzałem moich dawnych kompanów z dojo i mogłem znów ćwiczyć technikę uderzeń pod okiem mojego mistrza i nie musiałem już trenować sam. Oczywiście w międzyczasie uczęszczałem na lekcje online z różnych przedmiotów, to też dawało mi namiastkę normalności, gdyż mogłem zobaczyć nauczyciela i swoich rówieśników z klasy. Mam nadzieję, że ciężka praca i samodyscyplina pozwoli mi dojść do celu. Wspieram również tych, którzy nie poradziliby sobie bez wsparcia. Dołożyłem swoją cegiełkę do ratunku chłopca z guzem mózgu. Tak bardzo ucieszyłem się, gdy dostałem komunikat mówiący o uzbieraniu 100% kwoty wymaganej na leczenie, że wykonałem dodatkową serię burpess. Staram się podążać drogą mistrzów budo i jestem z tego dumny. Póki co jakoś udało mi się przystosować do życia w izolacji. W maju jest mi już dużo łatwiej. Dni są dłuższe i mam więcej energii.

Pozdrawiam wszystkich słowem  osu! –wyrażającym w karate szacunek, cierpliwość i uznanie wartości.

Michał Kuźmicki, kl.1b LO